poniedziałek, 30 lipca 2012

12.


Nareszcie w domu, chociaż wolałabym zostać w Szwecji, albo przeżyć te 9 dni na nowo. Nic specjalnego się nie działo, ani nic się raczej nie wydarzyło, może poza samym koncertem, ale było w tym wyjeździe coś szczególnego, magicznego (?), coś co zapamiętam do końca życia.
Wspominając, a nawet pisząc o minionym tygodniu czuje jakby zmieszanie podekscytowania, ze smutkiem, radością, żalem, ze wszystkim.
Chcę tam wrócić, nawet tego pragnę. Ta atmosfera, ci ludzie. Wszystko łączyło się w piękną całość i dopełniało się wzajemnie tworząc jakieś dziwne "pole", które wywoływało euforię, coś dzięki czemu ani razu nie zniknął mi uśmiech z twarzy, ani razu nie byłam tam smutna. A to już sukces. Nie zastanawiałam się dlaczego jestem sama, dlaczego nigdy nie jestem dostatecznie zadowolona, chociaż powinnam być.
Nikogo tam nie poznałam, nic wielkiego się nie wydarzyło, jak już wspomniałam, ale ten wyjazd był pełen atrakcji, niespodzianek, nawet chodzenie po muzeach mnie nie nudziło. To już coś musi znaczyć ;)
Mam pozwolenie na pracę tam za rok, znajomości są, a to już pół sukcesu.
Gdybym znów tam pojechała, na calutkie dwa miesiące do pracy, to nic nigdy chyba już nie byłoby tak piękne, jak właśnie to.

To może teraz coś o koncercie?
Sama nie wiem od czego powinnam zacząć...
Cały koncert trwał dwie godziny, plus oczywiście supporty i najważniejszy z nich Kasabians.
Ale całość tworzyli oczywiście Red Hot Chili Peppers.
Patrząc na nich na scenie, na to jak oni się przy tym bawią, na to jak im świetnie to wychodzi, nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje na prawdę.
Nigdy w życiu nie bawiłam się tak dobrze, ale nigdy też nie byłam tak brudna...
Czyli pozdrawiam Halszkę i jej japonki <3
Wydawało mi się, że trwało to zaledwie 5 min, no cóż to tylko dowód na to, że było naprawdę wspaniale.
Teraz tylko wyczekuję na kolejny koncert w Polsce.

xoxo

poniedziałek, 16 lipca 2012

10.


To wydaje się być takie surrealistyczne, a zarazem niesamowite i piękne. Za tydzień już mnie tu nie będzie, ba, już w sobotę wylatujemy. 5 dni tam, 3 kolejne jeszcze gdzie indziej. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jak tam musi być piękne, na razie wiem to tylko z internetu i przypadkowych zdjęć, ale sama też się o tym przekonam. 
Kto wie? Może przywiozę stamtąd jakiegoś przystojnego, niebieskookiego, z blond włosami chłopca.
W sumie, nie po to tam jadę, chciałabym w końcu czegoś się nauczyć, czego? To może później. Chcę tam też odnaleźć siebie, zacząć od nowa, zapomnieć o tym co się dzieje tutaj i tam się zatracić. Trudne będzie niemyślenie o tym co teraz czuje, co się dzieje w mojej głowie i to czego teraz nie dokończyłam, ale postaram się, żeby ten wyjazd był jak najlepszy i obiecuję, że nie zepsuję sobie niczym ekscytacji i, być może, dobrego humoru.
Już czuję tamtejszy wiatr, chłód, ale ciepło bijące od serdecznych ludzi, chociaż stereotypowo podobno są właśnie "chłodni". 
Chcę się tam po prostu poczuć wolna, to chyba proste...?
I wiem, że to nie będzie to samo co we Włoszech, zresztą zupełnie inny klimat, inni ludzie, ale mam nadzieję, że odczuje to samo, co właśnie, w pięknej Italii.
Na sam koniec, coś w zupełnie innym klimacie, czyli na pewno niezapomniany koncert.
Od dawna o nim marzyłam, a teraz to się tak po prostu spełni, jak na razie najgorszym moim problemem dotyczącym tego jest: w co ja mam się do cholery ubrać?! Pomyślę nad tym później.

Te wakacje są zupełnie inne, dużo więcej przeżyć, podróży i czuję jakby trwały już od maja.
Wiem, że ten wyjazd będzie niezapomniany, czyli:
Sweden welcome to i koncert RHCP!

xoxo


wtorek, 26 czerwca 2012

2.

Często widzimy jak nasi bliscy/przyjaciele cierpią (w sensie psychicznym), nie wiemy co mamy zrobić, chcemy być wsparciem, ale często czujemy się też bezradni, nie wiemy co powinniśmy powiedzieć, co doradzić. Przeżywamy to razem z nimi. Czujemy to co oni czują, płaczemy razem z nimi. Najgorsza jest dla mnie myśl, że mogę zrobić coś nie tak, mimo, że nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, że mogę kogoś urazić, albo powiedzieć coś dziecinnego i stwierdzić, że przecież pomogłam. Nie nawidzę patrzeć jak ktoś płacze, czuję, że nie mam wtedy sił, żeby pomóc, bo wiem, że zwykłe słowa, typu: dasz radę, po prostu nie pomogą, nie wiem co zrobić więcej, przytulić, czy lepiej usiąść i przeczekać? A każde słowo może ich zranić.
Często się zastanawiam, czy w takich chwilach jestem dla nich w jakimś sensie podporą i czy umiem im dobrze pomóc. Nigdy nie dostałam na to jakiejkolwiek odpowiedzi i nie wiem czy wszysto robię dobrze, ale staram się jak mogę, zresztą wszyscy chyba w takich chwilach się starają.
W byciu przyjacielem chodzi chyba o to, żeby po prostu być i przeżywać ciężkie, ale oczywiście też dobre chwile wspólnie.
Jak na razie nie potrafię wyobrazić sobie życia bez bliskich mi teraz osób i niech tak zostanie.
Dobra, Hania kończy swoje wywody na temat cierpienia i przyjaźni, bo pewnie za miesiąc jak na nie spojrze stwierdzę, że są dziecinne i nie będę się do nich przyznawała ;)


niedziela, 24 czerwca 2012

1.



Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę, wszystko się ulatnia. Z biegem czasu kiedy mamy co raz więcej obowiązków, czy planów czujemy jak on szybciej zlatuje. Pamiętam, jakby to było wczoraj, rozpoczęcie pierwszej klasy, pierwszy dzień w gimnazjum. Nie potrafimy docenić, że jest ktoś, kto jest silniejszy od nas i panuje nad tym wszystkim. Ktoś kto wie dobrze jak skończymy. Nie mam zamiaru w tej chwili użalać się nad sobą, siedzieć, czy płakać, wolę wolne chwile wykorzystać robiąc coś pożytecznego. Nie zawsze mam ochotę, jestem po prostu leniwa i nigdy tak na prawdę nie chce mi się ruszyć dupy, żeby posprzątać, czy przeczytać książkę. Dzisiaj mam zamiar zacząć uczyć się włoskiego. Zobaczymy co z tego wyjdzie.


Pewna osoba napisała na swoim blogu (nie powiem kto to, bo być może najzwyczajniej w świecie sobie tego nie życzy), w każdym bądź razie napisała, że "chce umrzeć spełniona", od dzisiaj będzie to czymś w rodzaju mojego motto, od zawsze chciałam robić to co kocham, dużo osób mi gratuluje i mówi "wow, zostałaś laureatką, fajnie, że wiesz co chcesz robić w życiu" gówno prawda, nie mam pojęcia co chcę robić. Pół żartem, pół serio stwierdzam tylko, że chcę mieć bogatego męża, trójkę prześlicznych dzieci i duży dom. Ot, dużo wynika z moich planów. Moim marzeniem to po prostu być szczęśliwym z kochającą mnie osobą u boku. Na razie kogoś takiego nie mam, może dlatego często popadam w 5-minutowe stany maniakalno-depresyjne. Ok, to był żart, ale ktoś TAKI by się po prostu przydał, chociaż brzmi to trochę tak, jakbym chciała "posiadać" kogoś i tyle.
Na koniec chcę podziękować za wspaniałych przyjaciół. Koniec.


550541_10151063340426255_1575369738_n_large