Nareszcie w domu, chociaż wolałabym zostać w Szwecji, albo przeżyć te 9 dni na nowo. Nic specjalnego się nie działo, ani nic się raczej nie wydarzyło, może poza samym koncertem, ale było w tym wyjeździe coś szczególnego, magicznego (?), coś co zapamiętam do końca życia.
Wspominając, a nawet pisząc o minionym tygodniu czuje jakby zmieszanie podekscytowania, ze smutkiem, radością, żalem, ze wszystkim.
Chcę tam wrócić, nawet tego pragnę. Ta atmosfera, ci ludzie. Wszystko łączyło się w piękną całość i dopełniało się wzajemnie tworząc jakieś dziwne "pole", które wywoływało euforię, coś dzięki czemu ani razu nie zniknął mi uśmiech z twarzy, ani razu nie byłam tam smutna. A to już sukces. Nie zastanawiałam się dlaczego jestem sama, dlaczego nigdy nie jestem dostatecznie zadowolona, chociaż powinnam być.
Nikogo tam nie poznałam, nic wielkiego się nie wydarzyło, jak już wspomniałam, ale ten wyjazd był pełen atrakcji, niespodzianek, nawet chodzenie po muzeach mnie nie nudziło. To już coś musi znaczyć ;)
Mam pozwolenie na pracę tam za rok, znajomości są, a to już pół sukcesu.
Gdybym znów tam pojechała, na calutkie dwa miesiące do pracy, to nic nigdy chyba już nie byłoby tak piękne, jak właśnie to.
To może teraz coś o koncercie?
Sama nie wiem od czego powinnam zacząć...
Cały koncert trwał dwie godziny, plus oczywiście supporty i najważniejszy z nich Kasabians.
Ale całość tworzyli oczywiście Red Hot Chili Peppers.
Patrząc na nich na scenie, na to jak oni się przy tym bawią, na to jak im świetnie to wychodzi, nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje na prawdę.
Nigdy w życiu nie bawiłam się tak dobrze, ale nigdy też nie byłam tak brudna...
Czyli pozdrawiam Halszkę i jej japonki <3
Wydawało mi się, że trwało to zaledwie 5 min, no cóż to tylko dowód na to, że było naprawdę wspaniale.
Teraz tylko wyczekuję na kolejny koncert w Polsce.
xoxo