Często widzimy jak nasi bliscy/przyjaciele cierpią (w sensie psychicznym), nie wiemy co mamy zrobić, chcemy być wsparciem, ale często czujemy się też bezradni, nie wiemy co powinniśmy powiedzieć, co doradzić. Przeżywamy to razem z nimi. Czujemy to co oni czują, płaczemy razem z nimi. Najgorsza jest dla mnie myśl, że mogę zrobić coś nie tak, mimo, że nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, że mogę kogoś urazić, albo powiedzieć coś dziecinnego i stwierdzić, że przecież pomogłam. Nie nawidzę patrzeć jak ktoś płacze, czuję, że nie mam wtedy sił, żeby pomóc, bo wiem, że zwykłe słowa, typu: dasz radę, po prostu nie pomogą, nie wiem co zrobić więcej, przytulić, czy lepiej usiąść i przeczekać?
A każde słowo może ich zranić.
Często się zastanawiam, czy w takich chwilach jestem dla nich w jakimś sensie podporą i czy umiem im dobrze pomóc.
Nigdy nie dostałam na to jakiejkolwiek odpowiedzi i nie wiem czy wszysto robię dobrze, ale staram się jak mogę, zresztą wszyscy chyba w takich chwilach się starają.
W byciu przyjacielem chodzi chyba o to, żeby po prostu być i przeżywać ciężkie, ale oczywiście też dobre chwile wspólnie.
Jak na razie nie potrafię wyobrazić sobie życia bez bliskich mi teraz osób i niech tak zostanie.
Dobra, Hania kończy swoje wywody na temat cierpienia i przyjaźni, bo pewnie za miesiąc jak na nie spojrze stwierdzę, że są dziecinne i nie będę się do nich przyznawała ;)